RecenzjeCzego teraz słuchacie

Przesłuchałeś kolejną płytę... Podoba ci się? Nie? Napisz o tym!

Moderator: fantomasz

Awatar użytkownika

Sublime
Stary wyga
Posty: 406
Rejestracja: 16 lis 2013, 19:44
Lokalizacja: Wałbrzych
Jestem muzykiem: Nie wiem
Ulubieni wykonawcy: Depeche Mode, Tangerine Dream, Boards Of Canada, Autechre, Arcane
Płeć: Mężczyzna - Mężczyzna
Status: Offline

Re: Czego teraz słuchacie

Post #115093 autor: Sublime » 19 lip 2018, 13:12

Ostatni post z poprzedniej strony:

Zasadniczo to cały czas czegoś słucham, także musiałbym się tu udzielać codziennie, ale nie ma co zalewać forum ciągłymi własnymi odpowiedziami na własne pytania na przykład. ;)

I tak z tych ostatnio słuchanych;

1. No to przede wszystkim King Crimson, tym razem epoka lat dziewięćdziesiątych i THRAK, ale też i ConstruKction of Light. Ta pierwsza to w zasadzie taki bardziej modern Red w najprostszym skrócie, ale tylko w teorii, bo też jest niesamowicie charakterna, szczególnie pod względem aranży i tekstów, ale to nigdy nie było i zasadniczo nie jest wielką bolączką Frippa i spółki - zawsze jest jakaś myśl przewodnia, nie ma nieplanowanych niedopowiedzeń. Ta druga to trochę tak jakby Autechre mieli się brać za rocka progresywnego - i ta płyta też dla mnie swoje wygrywa, szczególnie w wersjach koncertowych. (mimo trochę przestarzałych obecnie elektronicznych patentów używanych przez Mastelotto w tamtym okresie)

2. Nudna i co to dużo ukrywać zdecydowanie rozczarowująca mnie In the Land of Pink and Grey dobrze znanego zespołu Caravan. Wydaje mi się, że w kwestii brzmienia i pewnych rozwiązań była już przestarzała w momencie wydania. Mimo to kilka momentów broni się na tyle, na ile można czasem tej płyty przesłuchać. (chociażby Winter Wine czy druga część Nine Feet Underground) W przypadku takich solówek gitarowych natomiast wydaje mi się, że równie dobrze mogłyby być zagrane zupełnie inaczej, a i tak nie byłoby większego problemu. Absolutnie bezjajeczne i bez pomysłu, w ogóle się nie sprawdzają, zero chęci do kolejnego odsłuchu akurat w tym aspekcie.

3. Pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie z kolei pierwsze spotkanie z Death Grips, czyli dość kontrowersyjną grupą hip-hopową. Mocne, eksperymentalne, świeże aranże do całkiem przemyślanych i interesujących tekstów. W szczególności na słuchanej przeze mnie No Love Deep Web z dość osobliwą okładką... wszystko to się sprawdza, robi wrażenie i zostaje w pamięci. Chce się więcej. Stanowczo nie dla konserwatywnych słuchaczy.
Sublime

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

 
TEST
Awatar użytkownika

Depeche Gristle
Twardziel
Posty: 556
Rejestracja: 27 lip 2009, 17:36
Lokalizacja: Wrocław
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #115099 autor: Depeche Gristle » 23 lip 2018, 1:03

Job Karma - Society Suicide, 2014;
******
Style: rock elektroniczny, synthpop, industrial, cold wave, dark wave, art-rock, experimental, ambient, minimal
Obrazek


Society Suicide - siódmy album wrocławskiej industrialno-eksperymentalnej formacji Job Karma, wydany 1 maja 2014 roku, zaskakuje dosyć poważnym zwrotem, a w zasadzie dużym krokiem na przód w stosunku do dotychczasowej twórczości zespołu wywodzącego się z kręgów kontrkultury i muzyki eksperymentalnej. Przede wszystkim zespół rezygnuje z eksperymentalnej formy przekazu, na rzecz formy piosenkowej - chociaż ta forma nie jest nowością w twórczości Job Karmy, pojawiła się już bowiem na albumie Strike (2005), jednak w przypadku albumu Society Suicide, piosenka jest już elementem wyraźnie dominującym.
Podobnie, jak wydany w 2007 roku album Tschernobyl, Society Suicide także ma charakter koncept-albumu; tym razem motyw przewodni albumu stanowi ponura wizja upadku zachodniej cywilizacji, co już sama w sobie oddaje okładka albumu autorstwa Arka Bagińskiego, znanego grafika i performera, który odpowiedzialny jest również za wizualną stronę Job Karmy.
Dotychczasowa twórczość Job Karmy, począwszy od albumu Newson (2001) ulegała stopniowej ewolucji, od eksperymentalizmu, przez zrytmizowanie muzyki, po przyjęcie formy piosenkowej, o przejrzystym i wyrafinowanym brzmieniu, pozbawionym przemysłowego jazgotu, za to kreującym klimat, o czym przekonuje już na dzień dobry otwierający album utwór Oil, stanowiący niesamowite wejście w klimat całego albumu, zaskakując niespotykaną dotąd u Job Karmy dość przystępną synthpopową koncepcją, choć kompozycja zachowuje industrialny charakter w postaci syntezatorowego pulsu, zgrzytów i ciężkiego beatu automatu perkusyjnego; słychać tu echa twórczości Depeche Mode i Cabaret Voltaire. Gościnnie udział w nagraniu kompozycji wziął wokalista słynnego amerykańskiego zespołu Savage Republic - Thom Fuhrmann, którego ponury wokal dodatkowo potęguje mroczny klimat utworu.
Mimo pojawienia się piosenek, Job Karma nie rezygnuje całkowicie z awangardy i utworów instrumentalnych, o czym przekonuje Trees, z charakterystycznym plemiennym rytmem bębnów przechodzącym w jazz-rockową sekcję perkusji, silną sekcją basu oraz psychodeliczną elektroniką; słychać tu wyraźne wpływy twórczości Can, zaś sam utwór ma mocny wydźwięk proekologiczny, co słychać we wkomponowanych w utwór odgłosach lasu i degradujących go brutalnych, przeszywających uszy dźwiękach piły łańcuchowej.
Przejmująca kompozycja Earth, z gościnnym wokalnym udziałem Matta Howdena (wokalista Sieben i Sol Invictus - z Maćkiem Frettem współtworzy też 7JK), przesycona jest analogowym brzmieniem syntezatora, subtelną sekcją automatu perkusyjnego, nieco przytłumionymi partiami gitary i nastrojowym wokalem. Utwór przypomina współczesne dokonania Depeche Mode.
Instrumentalny Out zadowoli z kolei zwolenników bardziej eksperymentalnego oblicza Job Karmy, jest to bowiem przykład kompozycji w klimacie rocka elektronicznego, z silnymi wpływami krautrocka, industrialu i dark ambientu, z duszną elektroniczną przestrzenią oplatającą głęboki i odległy puls. Na pierwszy plan wychodzą tu wysokie zagrywki klawiszy i chwytliwe partie akustycznej gitary. W końcówce utworu pojawiają się również partie smyczkowe.
Change jest przykładem chłodnego, wibrującego dźwiękiem synthpopu, inspirowanego głównie twórczością Clock DVA. Wokalny duet, który Maciek Frett tworzy tu ze swoją żoną Anią Frett (oba wokale są lekko przetworzone), generuje niesamowity erotyczny klimat utworu.
Kolejny z instrumentalnych numerów, Greed, wypełniony jest ciepłą, analogową przestrzenią z delikatną, orientalną zagrywką akustycznej gitary, dźwiękowymi plamami, eksperymentalnymi pulsami i ambientową przestrzenią, pod koniec zaś pojawia się partia fortepianu. Utwór klimatem przypomina dokonania Cluster z przełomu lat 70 i 80.
Blackout odznacza się rozedrganym i mechanicznym brzmieniem syntezatorów oraz industrialnym i chłodnym klimatem przypominającym twórczość Coil, podsycanym przez leniwe i senne wokale. W utworze gościnnie śpiewa Monika Kubacka z zespołu Eva, wspierana wokalnie przez Maćka Fretta.
Chłodne i mroczne syntezatorowe przestrzenie, uzupełnione o wszechobecne dźwięki otoczenia i efekty stereofoniczne dominują w instrumentalnym Cycle, którego sekcja rytmiczna oscyluje od synthpopowego beatu automatu perkusyjnego, po rockowe uderzenia perkusji. Utwór kończy solo na harmonijce ustnej Henryka Feliczaka, wykonującego słynną przyśpiewkę „Płonie ognisko w lesie”.
Zamykający album Death Day z gościnnym udziałem muzyków Karpat Magicznych – Anny Nacher i Marka Styczyńskiego - opatrzony jest minimalistyczną muzyczną przestrzenią, jękliwymi i charczącymi (i chyba nadto przekombinowanymi) żeńskimi wokalami, zarówno po angielsku, jak i po polsku oraz nakładającymi się na siebie dialogami.
Society Suicide, to najlepszy album w dotychczasowym dorobku Job Karmy, który prezentuje w pełni dojrzały wizerunek kultowego zespołu, który odchodząc od eksperymentalnych korzeni, penetrując obszary muzyki rockowej i popowej, ciągle pamięta o swoich kontrkulturowych korzeniach, toteż nie brakuje na albumie odwołań do muzycznych eksperymentatorów, co stawia Job Karmę w roli najważniejszego polskiego zespołu awangardowego i industrialnego.
Entertainment Trough Pain
--------------------------------------------

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Depeche Gristle
Twardziel
Posty: 556
Rejestracja: 27 lip 2009, 17:36
Lokalizacja: Wrocław
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #115106 autor: Depeche Gristle » 31 lip 2018, 0:57

Cluster - Sowiesoso, 1976;
*****
Style: krautrock, ambient, rock elektroniczny, cold wave, rock psychodeliczny, experimental, neofolk, new age
Obrazek

Administratorr Electro - Sławnikowice / Zgorzelec 17:10, 2014;
*****
Style: nowa nala, cold wave, synthpop, synthrock, electropop, indie rock,
future pop, postpunk, electro blues, rock elektroniczny

Obrazek


Sowiesoso - czwarty album sygnowany szyldem legendarnej formacji Cluster, nagrywany w 1976 roku w jej słynnym wiejskim studiu Forst w zaledwie dwa dni, co czyni go jednym z najszybciej nagranych albumów w historii rocka; materiał zmiksował w swoim studiu w Wolperath, równie legendarny, współpracujący z zespołem praktycznie od początku jego istnienia inżynier dźwięku Conny Plank. Był to też pierwszy album Cluster nagrany pod szyldem wytwórni Sky Records, z którą formacja współpracowała (również jako muzycy solowi, jak i we współpracy z innymi muzykami, w tym Brianem Eno) przez następne dziesięć lat.
Nie bez znaczenia na zawartość muzyczną albumu miał fakt rozpoczęcia w tym samym czasie współpracy Dietera Moebiusa i Hansa-Joachima Roedeliusa z ojcem chrzestnym muzyki ambient Brianem Eno, pod szyldem ich drugiej formacji - Harmonia.
Albumem Sowiesoso w sposób oczywisty Cluster odchodzi od industrialnych, drone'owych i noise'wych klimatów z dwóch pierwszych albumów oraz zrytmizowanej muzyki bliskiej synthpopowi i rockowi elektronicznemu z albumu Zuckerzeit (1974).
Na Sowiesoso dominują ambientowe przestrzenie, często w klimatach wszechobecnej melancholii. Ponownie brak jest praktycznie sekcji rytmicznej, co stanowi zdecydowane przeciwieństwo mocno zrytmizowanej poprzedniej płyty zespołu.
Już na otwarcie albumu zespół nie pozostawia złudzeń; tytułowy utwór Sowiesoso składa się z lekkiego pulsu sewkwencera, ambientowych, atmosferycznych przestrzeni, uzupełnionych o gitarowe zagrywki oraz klimat jesiennej melancholii.
Kompozycja Halwa z kolei, emanuje ciepłem; partie gitarowe o orientalnym zabarwieniu uzupełniają się z równie zabarwioną orientem syntezatorową przestrzenią, na którą w dalszej fazie nakłada się organowe tło. Utwór dopełnia co jakiś czas pojedynczy perkusyjny werbel.
Dem Wanderer z charakterystycznie wysuwającym się na pierwszy plan pojedynczym sekwencerowym pulsem otwierają syntezatorowe zagrywki, potem kompozycja przechodzi w psychodeliczną organową przestrzeń w stylu Pink Floyd, uzupełnioną o syntetyczne efekty przypominające ćwierkanie ptaków, bardzo podobne do tych, które można usłyszeć w soundtracku Cabaret Voltaire - Taxi Music, wykorzystanym w filmie Johnny Yes No (reż. Peter Care, 1981). Zresztą, we wczesnej twórczości Cabaret Voltaire często jest słychać inspiracje utworem Dem Wanderer.
Umleitung rozpoczyna ciężki i kołyszący, choć nieco stłumiony puls sekwencera oraz oparte na nim partie fortepianu powtarzające ciągle ten sam wątek muzyczny; z czasem na ten muzyczny kolaż nakładają się dźwięki plemiennych rytmów wszelkich instrumentów perkusyjnych i szamańskich śpiewów.
Zum Wohl, to znowu powrót do jesiennej melacholii. Partie elektrycznego pianina, syntetyczne ćwierkanie czy pojawiający się co jakiś czas syntezatorowy puls uzupełniają tło ambientowej przestrzeni.
Es War Einmal z kolei stanowi swoiste przeciwieństwo poprzedniego utworu; na pierwszym planie pojawiają się tu chwytliwe melodie na pianino elektryczne, dla których odległa, ambientowa przestrzeń staje się tłem. Nie brakuje tu też odległych syntezatorowych zagrywek.
Zamykający album In Ewigkeit charakteryzuje się potężnymi wejściami fortepianu, między które wpleciony jest chwytliwy, syntezatorowy motyw, co daje do zrozumienia fakt posiadania talentu przez muzyków Cluster do komponowania całkiem przyswajalnych i przyjemnych melodii. Numer uzupełniony jest o wysokie i przeciągłe syntetyczne dźwięki przypominające theremin, odległe i chłodne ambientowe tło oraz bardzo subtelną i powolną sekcję rytmiczną - zaledwie jedno uderzenie na sekundę automatu perkusyjnego. To jedyna kompozycja albumu ze standardową sekcją rytmiczną.
Album Sowiesoso, będący już klasyką krautrocka i lat 70, stanowi dziś prawdziwy kamień milowy ambientu.
Album docenili zarówno krytycy jak i muzycy. Dziennikarz muzyczny Russ Curry pisał o nim, jako o doskonałej kolaboracji elektronicznych dźwięków z duchowym ciepłem, zaś słynnym muzyk rockowy Julian Cope zaliczył album do swojego top 50 ulubionych płyt muzycznych.


Sławnikowice/Zgorzelec 17:10 - wydany jesienią 2014 roku debiutancki album formacji Administratorr Electro, założonej rok wcześniej przez frontmana, wokalistę i gitarzystę zespołu Administratorr wywodzącego się z nurtu indie-rocka, Bartka Marmola, który od dziecka fascynował się muzyką elektroniczną; fascynacja ta miała swoje źródła w trakcie przypadkowo usłyszanego przez Bartka Marmola albumu Depeche Mode - Violator w 1990 roku. I w końcu tę fascynację artysta postanowił urzeczywistnić powołując do życia w 2013 siostrzaną formację mającego już na koncie dwa albumy indie-rockowego Administratorra - Administratorr Electro z odpowiednio dobranymi muzykami, znanymi ze współpracy w Kometach Pawłem Kowalskim i Markiem Veithem, którzy uzupełnili skład.
Stawiając na brzmienia syntezatorowe Administratorr Electro nie odciął się całkowicie od indie-rockowych korzeni, które w połączeniu z elektroniką są wyraźnie słyszalne na debiutanckim albumie. Teksty zaś, często są pełne sarkazmu, poczucia humoru, dystansu do siebie czy wręcz autoironiczne; najczęściej są retrostpektywne, nawiązujące do czasów młodości wokalisty, utrzymane w raczej punkowym duchu, zaś sam śpiew przesiąknięty jest wpływem polskich postpunkowych wykonawców połowy lat 90 - nie bez przyczyny zresztą, bowiem piosenki powstawały w latach 90, które wówczas musiały wywrzeć niemały wpływ na Bartosza Marmola.
Administratorr Electro, mimo, że muzykę oparł głównie na brzmieniach syntezatorów, wcale nie zrezygnował z gitar (przynajmniej jeszcze nie na pierwszym albumie, choć proces ograniczania roli gitar nabierze wyrazu już na następnym albumie), a znacznie je ograniczył; zabieg ten, wraz z wpływami punkowymi i indie-rockowymi sprawił, że w muzyce zespołu, niemal na całym albumie dominuje styl mocno przypominający klimatem dokonania New Order.
Nie bez znaczenia jest także tytuł płyty: „Sławnikowice/Zgorzelec 17:10”, nawiązujący do historii z młodości wokalisty, porzucającego swoją niewielką rodzinną miejscowość Sławnikowice, kierując się ostatnim autobusem odjeżdżającym z rodzinnego miasta o 17:10 do Zgorzelca, gdzie potem przyszły muzyk podjął pracę jako administrator nieruchomości, skąd zresztą zaczerpnął nazwę dla swoich zespołów.
Album otwiera dość pesymistyczny, wręcz oskarżycielski w wymowie Tango Corporacione, wyrzucający korporacjom wyzysk zwykłego człowieka, pozbawionego wolnego czasu, nie mającego czasu nawet na miłość. Numer odznacza się znakomitym gęstym basem i rytmem w stylu The Prodigy, elektronicznym pulsem oraz mocno stłumionym riffem gitary.
Weź Się Ubierz, całkowicie pozbawiona gitary, oparta wyłącznie na ejtisowym beacie automatu perkusyjnego, pulsie sekwencera i chłodnym brzmieniu syntezatorów, kompozycja zdecydowanie nawiązuje do stylistyki lat 80; utwór przypomina syntezatorowe oblicze New Order i można go zaliczyć do stylu electro-clash. Jest to zapowiedź klimatów z następnej płyty Administratorr Electro.
Synthpopowa ballada Zgorzelecka, o niespełnionej miłości, wypełniona jest gorzkim klimatem melancholii, chłodną, analogową syntezatorową przestrzenią i zagrywkami akustycznej gitary w tle.
Klimaty New Order odżywają w piosence Noc Na Klatce z twardą i stłumioną partią gitary oraz surowym brzmieniem elektroniki - choć pojawiają się też w refrenie futurystyczne zagrywki klawiszy w stylu Kraftwerk.
Demony Zimy, to piosenka o bardziej gitarowej oprawie, która jest powrotem do indie-rockowego oblicza Administratorra, choć nie brakuje tu zimnofalowego ducha Joy Division.
Rozmowy z Władzą, to niezwykle humorystyczna opowiastka z perspektywy typowego polskiego pijaka zmagającego się nie tylko z chcącym wypisać mandat za picie alkoholu w miejscu publicznym policjantem, ale i beznadzieją codziennego życia - nie bez dużej dawki ironii. A wszystko w electro-bluesowej oprawie.
Tęsknotę za dawno utraconą miłością słychać w przepięknej balladzie z niesamowitym chwytem akustycznej gitary Król Łękocina. Słychać tu wpływy postpunkowych polskich kapel początków lat 90, takich jak Chłopcy Z Placu Broni czy Universe.
Dżdżownice, to wielce humorystyczne, przesycone niesamowitą ironią spojrzenie na historię z dzieciństwa. Kompozycja jest połączeniem piosenki w stylu polskiego postpunka z lat 90 z neworderowskim obliczem muzyki.
Wpływy New Order silnie odznaczają się w kolejnych utworach, począwszy od zimnofalowego, energicznego i synthrockowego S.A.D., z kolei Ostatni z Paczki (Na Sen), przypomina bardziej gitarowe oblicze New Order, choć nie brakuje tu chłodnych klawiszowych melodii, podobnie jak w numerze Idioci z kolejnym ironicznym i prześmiewczym tekstem - że jednak warto i dobrze być idiotą.
Miłość Podpalacza, to najbardziej utaneczniony moment całego albumu - i znowu kompozycja odnosi się do New Order, tym razem dyskotekowego oblicza tego kultowego zespołu.
Kolejną ironiczną retrospektywą dzieciństwa jest Tylko Nie W Szczepionkę. Utwór jest kolaboracją ejtisowego synthpopu z zagrywkami gitary akustycznej - także i tu nie trudno odnieść wrażenia muzycznych wpływów kultowego zespołu z Manchesteru.
Podniosła ballada W Chowanego Na Cmentarzu charakteryzuje się chłodnymi syntezatorowymi przestrzeniami w strofie i brudnymi indie-rockowymi riffami gitary w refrenie.
Album, jakby na ostateczne pożegnanie z indie-rockiem, kończy zaledwie półtoraminutowa, całkowicie indie-rockowa kompozycja Węglowodany, z jakże ironicznym kulinarnym tekstem.
Album Sławnikowice/Zgorzelec 17:10 jest początkiem nowego etapu w twórczości Bartka Marmola - o wiele ciekawszego i ambitniejszego, od poprzedniego. W muzyce Administratorr Electro jest jeszcze sporo odniesień do indie-rockowego Administratorra; album stanowi moment przejściowy między oboma „Administratorrami”. Zespół postawił nie na rewolucję, a na ewolucję. Następny już album Administratorr Electro - Ziemowit - wyraźnie zrywa z indie-rockową etykietą, zaś formacja wypracowuje sobie nowe - własne brzmienie i styl, charakterystyczne wyłącznie dla Administratorr Electro.
Entertainment Trough Pain

--------------------------------------------

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

Awatar użytkownika

Depeche Gristle
Twardziel
Posty: 556
Rejestracja: 27 lip 2009, 17:36
Lokalizacja: Wrocław
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #115110 autor: Depeche Gristle » 06 sie 2018, 23:52

The Human League - Credo, 2011;
*****
Style: new wave, synthpop, future pop, cold wave, electro
Obrazek


Credo - dziewiąty album studyjny legendy brytyjskiego synthpopu, formacji The Human League, która w ostatnich dwóch dekadach zdążyła przyzwyczaić już do niezbyt częstego wydawania płyt - w zasadzie tylko raz na dziesięć lat, w okrągłą rocznicę wydania ich największego płytowego sukcesu komercyjnego - Dare (1981). Tak było w przypadku albumu Secrets (2001), który ukazał się dwadzieścia lat po Dare, mimo popularności brzmień lat 80 (na topie byli w tym czasie wielcy wykonawcy synthpopowi lat 80 m.in. Depeche Mode, New Order, Pet Shop Boys czy A-ha), album poniósł komercyjną porażkę. Na kolejny krążek The Human League trzeba było czekać zatem do trzydziestolecia Dare.
Tytuł Credo, (z łaciny "wiara") frontman zespołu Philip Oakey zaczerpnął od swojego ulubionego albumu Roxy Music - ,,Manifesto" (1979), wierząc, iż album będzie prawdziwym manifestem wiary w możliwości brzmieniowe The Human League.
Album budził wielkie zainteresowanie fanów zespołu już na wiele lat przed jego premierą, bowiem zespół z wielką pompą wszedł do studia już w 2007 roku, zapowiadając nawiązanie do czasów swojej największej świetności. Ostatecznie album oficjalnie ukazał się nakładem wytwórni Wall of Sound 21 marca 2011 roku.
Pewne zaskoczenie przychodzi już na samo otwarcie albumu, bowiem pierwszy numer płyty Never Let Me Go śpiewany jest przez Susan Ann Sulley; Philip Oakey ogranicza się tu jedynie do chórków i wokaliz, choć utwór nie zaskakuje w zasadzie niczym odkrywczym; słychać tu ducha dawnego The Human League w retrospektywnym brzmieniu połączonym z ejtisową sekcją rytmiczną automatu perkusyjnego. I jedno tylko pozostaje bez zmian - fatalny wokal Susan Sulley, choć w tym przypadku śpiew podrasowany został inżynierią dźwiękową, co i tak nie zatarło złego wrażenia.
Night People prezentuje się już znacznie ciekawiej, nie tylko w związku z przejęciem przez Oakey'a roli pierwszego wokalisty. Kompozycja łączy bowiem brzmienia analogowej elektroniki i syntezatorowego pulsu z szybką, nowoczesną i utanecznioną sekcją rytmiczną.
Sky co prawda wyraźnie zwalnia obroty, ale utwór jest w całości w retrospektywnej oprawie, mocno nawiązującej stylem i brzmieniem do albumów Dare i Hysteria. Ten sam schemat zachowuje Into the Night, choć numer posiada bardziej marszowy rytm.
Egomaniac wyraźnie nawiązuje do klimatów Dare, choć nie brak tu współczesnych elementów brzmienia, z kolei w Single Minded słychać futurystyczno-analogowe dźwiękowe penetracje rejonów początków działalności zespołu i jego wczesnych albumów - Reproduction i Travelogue.
W Electric Shock słychać jest fascynacje twórczością Kraftwerk (motywy wyjęte z utworu Metropolis) oraz nurtem euro disco popularnym pod koniec lat 70. Utwór przypomina dokonania Space lub wczesnego Yellow Magic Orchestra w połączeniu z szybkim, mocno utanecznionym rytmem.
Get Together znowu powraca brzmieniem do klimatów z Dare i Hysteria, choć nie brakuje tu miejsca dla współczesnej elektroniki.
Privilege, to najlepszy moment albumu; nieprzypadkowo, bowiem utwór obdarzony jest ciężkim, mechanicznym beatem, zaś brzmieniem i stylem nawiązuje do Reproduction i Travelogue.
Breaking the Chains brzmieniowo i stylistycznie przypomina klimaty z albumu Hysteria, głównie za sprawą sampli funkowej gitary. Piosenka charakteryzuje się ponadto rozpowszechnionymi niegdyś przez Depeche Mode i Kraftwerk japońskimi motywami klawiszy i mocnym wpływem euro disco.
Na zamknięcie albumu zespół zapodaje numer całkowicie retrospektywny i ejtisowy - When the Stars Start to Shine, z szybkim postpunkowym rytmem automatu perkusyjnego i futurystycznym brzmieniem rodem z 1981 roku; utwór brzmi jakby był żywcem skomponowany specjalnie na Dare!
Album Credo wydaje się wyrażać głęboką nostalgię za czasami świetności The Human League z lat 1981-84. Bez wątpienia jest to solidny album, choć nie brakuje na nim słabych momentów, jak chociażby Never Let Me Go. Innym minusem płyty jest aż nadto usilne czy wręcz przesadne nawiązywanie klimatem, przede wszystkim do Dare.
Choć Credo wydaje się być najlepszym albumem The Human League w przeciągu dwudziestolecia 1990 - 2011, to jednak ciężko zestawić go obok największych dokonań zespołu z Dare i Hysteria na czele - a o dwóch pierwszych albumach The Human League nawet nie wspominając.
Credo spotkało się z mieszanymi opiniami krytyków, choć przeważały te pozytywne; album osiągnął minimalny sukces komercyjny, na pewno nie taki, na jaki liczyli muzycy zespołu, dla których srebrny certyfikat przyznany przez Independent Music Companies Association czy 44 miejsce brytyjskiej UK Albums Chart, stanowiły raczej rozczarowanie, toteż zapewne na kolejny album The Human League przyjdzie czekać do kolejnej okrągłej rocznicy wydania Dare - czyli do 2021 roku.
Entertainment Trough Pain

--------------------------------------------

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta


Wróć do „Recenzje”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Studio Nagrań : Zastrzeżenia